poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział 3


Na początku: przepraszam za opóźnienia! *pada na ziemie, prosząc o wybaczenie*. Nie miałam ostatnio czasu na pisanie (szał kończącego się półrocza i przypomnienie sobie, że oceny same się nie poprawią). Przechodząc do rzeczy: oto rozdział trzeci, czyli w skrócie: co porabiają wampiry podczas zebrania ich Rady. W ramach przeprosin zdradzę wam, że jest sporo do czytania :D. Teraz zapraszam do czytania.
PS. Nazwa nieoficjalna tego rozdziału to "Wampirzy Melanż" :D



Rozdział III
Rezydencja czerwieni

Poranek, siedziba łowców nr 84 w Las Vegas
                Rocky i Edmund zdążyli się spakować o wiele szybciej, niż to przewidywali. Następnego dnia byli już gotowi do wyjazdu. Obydwoje nie znosili jeździć na spotkania Rady, ale był to ich obowiązek.  Rocky podeszła do drzwi  wyjściowych, ciągnąc za sobą wielką, szarą walizkę.
-Wrócimy za jakieś dwa tygodnie- oznajmiła Alicji, która właśnie przyszła, by pożegnać się z przyjaciółmi.
-Nie dacie rady szybciej?- zapytała Alicja.
-Zanim dotrzemy na miejsce minie trochę czasu, same spotkanie Rady trwa do kilku dni, bo często w trakcie niej  odbywają się różne przyjęcia ze względu na tradycje, a potem powrót  też trochę trwa- wyjaśniła Rocky niezachwycona tym faktem ani trochę.
-Rozumiem- powiedziała szatynka.
- Mam nadzieję, że poradzicie sobie bez nas, do czasu naszego powrotu, lub powrotu pozostałych z misji- rzekła wampirzyca.
-Nie martw się. Damy sobie radę- uspokoiła ją Alicja- Jakby coś, to zagonię Chesa do roboty!
Rocky uśmiechnęła się. Właściwie czym się przejmowała? Nie było na świecie bardziej odpowiedzialnej osoby, która zajęłaby się siedzibą łowców niż Alicja. Po chwili zjawił się Edmund z granatową walizą.
-Idziemy?- zapytał Ed swoją siostrę.
-Tak- odpowiedziała Rocky i zwróciła się do przyjaciółki- No to, do zobaczenia. Pa, Gawron – krzyknęła jeszcze, po czym otworzyła drzwi i wyszła. Edmund, podążając za nią, skinął głową, na dowidzenia, łowczyni i przekroczywszy próg, zamknął za sobą drzwi.
Alicja została sama w przedpokoju. „Szykują się dwa długie, przezabawne tygodnie” pomyślała ironicznie. Nagle za nią rozległ się dziwny dźwięk:
Zzzzt!
Znała ten odgłos. Odwróciła się. Na starej, trochę obdrapanej ścianie pojawił się cieniutki, dość długi, czarny pasek, z którego wystawały, poruszające się szybko, języczki cieni. Otwierało się wejście do piekła. Pasek rozszerzył się tworząc przejście dla niewysokiej osoby do czarnej otchłani. Przeszedł przez nie kot. Najzwyklejszy na świecie czarny kot z wielkimi, żółtymi ślepiami wpatrzonymi w łowczynię.
-Witaj, Alicjo.- Zwierzątko nienaturalnie uśmiechnęło się szeroko, ukazując całkiem sporo śnieżnobiałych, ostrych zębów w kształcie trójkątów.
-Witaj, Cheshire. Miło, że w końcu przybyłeś.-Alicja odwzajemniła uśmiech kocura- Czyżby coś zatrzymało cię w piekle?
-Zagadałem się- odrzekł wymijająco- Strraciłem rrachubę czasu- dodał, przy każdym „r” wydawał odgłos jakby mruczenia.
-Tak, jasne- Nawet nie miała ochoty wypytywać go o prawdziwe powody jego spóźnienia, bo i tak nie usłyszałaby prawdy- Kiedy cię nie było Rocky i Ed dostali powiadomienie o spotkaniu Rady Wampirów i właśnie przed chwilą wyszli.
-Oooch, czyli zostaje tu tylko nasza trrójka- rzekł trochę nerwowo Ches.
-Tak i mam ci coś jeszcze do powiedzenia…
Cheshire z łatwością zgodził się pomagać w siedzibie w czasie nieobecności pozostałych członków. Wystarczyło tylko, że Alicja przypomniała mu o karach za niesubordynację demonów, pracujących u łowców, a Ches natychmiast chciał wziąć się za robotę.

Trzy godziny później, prywatny odrzutowiec łowców, gdzieś nad Atlantykiem.
                Rocky siedziała na niezwykle wygodnym fotelu, oglądając film „Szybcy i Wściekli 4” puszczony na laptopie, leżącym na stoliku przed nią. Zwykle nie chętnie oglądała filmy akcji, ale musiała jakoś odreagować swoją obecną sytuację, a to najlepiej jej w tym pomagało. Ed siedział obok niej, czytając książkę. Oboje nie mieli ochoty nawet myśleć o spotkaniu Rady. Samo zebranie nie byłoby takie złe, gdyby nie to, że będą na nim ich starzy „znajomi” ; były chłopak Rocky, który nie rozumie, że nie byli już razem, jedna psychopatka zakochana w Edzie i paru strasznych typków, czyli osoby których żadne z nich nie miało ochoty widzieć. Po dłuższym czasie Rocky skończyła oglądać film i wzięła się za następną część, a potem za kolejną, ale nie pooglądała jej do końca, gdyż samolot zbliżał się do lądowania.

Około pół godziny później, lotnisko w Transylwanii, w Rumuni
                Edmund podał swój paszport mile wyglądającej kobiecie o urodzie latynoskiej. Ta otworzyła dokument i sprawdziwszy czy jest ważny, wbiła w odpowiednie miejsce pieczątkę.
-Witamy w Rumuni- rzekła kobieta, podając mu paszport.
-Dziękujępowiedział Ed, uśmiechając się do niej uprzejmie. Wziął papier i ruszył ku wyjściu, gdzie stała jego siostra, czekając na niego. Wyszli razem i zapchawszy walizy do bagażnika wypożyczonego, starego, białego Forda Fiesta, wsiedli do niego. Odjechali spod lotniska do najbardziej oklepanego i przewidywalnego miejsca, gdzie mogłyby spotkać się wampiry, do zamczyska Draculi. Jechali w milczeniu; Ed był skupiony na prowadzeniu auta, a Rocky wetknąwszy sobie w uszy słuchawki, słuchała głośno muzyki. Po kilku godzinach, kiedy to początkowo jechali cywilizowanymi szosami, a potem przez leśne, zarośnięte drogi stary, samochód dał radę ich przywieść na miejsce. Gdy dojechali dochodziła dwudziesta. Rocky wyszła z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwiczki. Spojrzała na budynek, stojący przed nimi. Było to zamczysko zbudowane w stylu renesansowym, posiadający niezliczenie wiele komnat i sal. Ściany zarośnięte były bluszczem, przez co wyglądało jeszcze bardziej tajemniczo. Ed również wysiadł z Forda. Podszedł do siostry i stwierdził:
-Nic tu się nie zmieniło.
-Tak, nawet bluszcz porasta te same miejsca co zawsze- zgodziła się z nim Rocky.
Nagle wielkie, potężne wrota zamczyska otworzyły. Przeszedł przez nie chudy, niski, łysiejący mężczyzna, który z twarzy przypominał mysz. Ubrany był w elegancki frak i spodnie z czasów wiktoriańskich. Człowiek ten szybko podszedł do wampirzego rodzeństwa i skłonił się głęboko.
-Państwo Rosemund, proszę za mną, państwa bagaże zostaną przeniesione do państwa pokoi – rzekł skłoniony.
Rocky na dźwięk swojego prawdziwego nazwiska wzdrygnęła się, wiązały się z nim nieprzyjemne wspomnienia, ale podążyła wraz z bratem za sługusem Rady. Sługusi, byli to ludzie, którym obiecano przemianę w nieśmiertelnego, pod warunkiem, że przez pewien czas będzie służył wampirom. Wkroczyli za nim do ogromnej Sali ozdobionej w czerwień: dywany, kotary, ozdoby ścienne wszystko  było czerwone. Z sufitu zwisał ogromny, zdobiony złotem i diamentami żyrandol. Naprzeciwko wejścia, na ścianie znajdował się wielki, czerwony gobelin z czarnym, takim samym jaki rodzeństwo miało wytatuowane misternym, okrągłym znakiem. Był to znak wampiryzmu szlachetnego (zatwierdzonego przez Radę). Wystrój tej Sali był taki sam od wieków, hrabia Dracula nie lubił znacznych zmian.
-Za chwilę przybędzie do państwa ktoś, kto zaprowadzi państwo do państwa pokoi- oznajmił sługus, znów się ukłonił i odszedł, zostawiając wampiry same.
-Może, jak stanie się wampirem, uda mu się nabyć bogatszego słownictwa- mruknęła Rocky do Eda i obydwoje się zaśmiali.
-Miejmy taką nadzieję- rzekł Edmund.
Po chwili zjawiły się dwie pokojówki w uniformach idealnie pasujących do tego jakże eleganckiego miejsca: były to czarne sukienki, sięgające poniżej kolan obszyte białymi falbanami , z białymi fartuszkami z czerwonymi lamówkami i z dużą kieszenią u dołu, obwiązanymi aksamitnymi wstążkami w kolorze krwi. Obie służące nosiły chustki na głowie. Jedna z nich była rozczochraną blondynką ze spiczastym nosem, na którym umieszczone były wyjątkowo brzydkie okulary, druga miała kolor skóry kawy z mlekiem, bardzo krótko ścięte włosy i pyzatą twarz. Blondynka podeszła do Rocky, a pyzata do Eda.
-P-proszę zza mną proszę pani, zaprowadzę panią do pani pokoju- powiedziała drżącym głosem okularnica do Rackel.
-Zaprowadzę pana do przydzielonego pokoju- rzekła ta druga z obojętnym tonem do Edmunda.
Podążyli w milczeniu za pokojówkami, rozdzielając się; Rocky poszła na zachodnie skrzydło zamku, a Ed na wschodnie. Czerwonowłosa, idąc za przerażoną sługuską, próbowała nawiązać rozmowę:
-Przepiękny budynek, nieprawdaż?
-T-tak, ma pani rację- odparła okularnica, wciąż przestraszona.
-Nie musisz zwracać się do mnie „pani”. Proszę mów mi po imieniu. Jestem Rocky- poprosiła Rocky
-Dobrze, pr… Rocky- zgodziła się pokojówka.
-A ty, jak masz na imię?- zapytała się wampirzyca.
-Emily- odparła cicho okularnica.
Jeszcze trochę po drodze pogawędziły, głównie mówiła Rocky, a Emily, która się trochę rozluźniła, co nie co dopowiadała. Zanim się obejrzały, były na miejscu.
-Kolacja odbędzie się o północy- poinformowała Emily Rocky-Potrzebujesz czegoś jeszcze ?-dopytała.
-Nie, dziękuję-odrzekła czerwonowłosa.
Emily odeszła, gdy odwróciła się, Rocky zauważyła coś: na szyi pokojówki znajdował się dość świeży ślad po ugryzieniu wampira. Wampirzyca jednak nie zareagowała na to; Emily nie była pierwszym ani ostatnim sługusem z którego pito krew. Takich przypadków kilka wieków temu było tysiące i nie zawsze sługus wychodził z tego żywy, ale w połowie dwudziestego wieku zmieniono wampirze prawo i od tamtego czasu nie wolno było kosztować ich krwi bez ich zgody. Rocky posmutniała; gdyby ta dziewczyna nie byłaby tak uległa, nie doszłoby do tego. Odwróciła się i zamknęła drzwi. Rozejrzała się po pokoju. Na środku stało wielkie łoże zaścielone jedwabną, karmazynową  pościelą. Na ścianach wisiały trzy obrazy, przedstawiające górskie krajobrazy. Okna zasłonięte były ciężkimi, rubinowymi zasłonami. Po lewej stronie łóżka były drzwi, prowadzące do łazienki, a po prawej stała duża, dębowa komoda ze srebrnymi zdobieniami, na niej stała mała, stylowa, (oczywiście) czerwona lampka nocna. O tą komodę oparta była walizka Rocky. Pierwsze co wampirzyca zrobiła, to było rzucenie się na miękkie łoże. Wtuliła się w jedwabne, pachnące kwiatami prześcieradło.
-No i się zaczęło- powiedziała cichutko sama do siebie.
                Przez cały czas pozostały do kolacji, Rocky szykowała się do niej. Najpierw wypakowała swoje rzeczy z walizki do komody, potem poszła wziąć kąpiel, następnie wybrała suknię na tą okazję, przebrała się, ułożyła sobie fryzurę i zrobiła makijaż pasujący do reszty. Gdy skończyła, było już za dwadzieścia północ, postanowiła więc zejść do jadalni. Doskonale znała drogą do tego miejsca, gdyż nie pierwszy raz tu była, więc szybko tam dotarła. Jadalnia była ogromna , spokojnie mogłaby pomieścić kilka tysięcy osób. Ozdobiona była czerwonymi dekoracjami (ta ilość koloru czerwonego doprowadzała Rocky do nerwicy: jakby nie istniała na świecie inna barwa, tylko wszędzie musiał być czerwony. Stały tam trzy stoły; jeden nie długi, bogato ozdobiony i zastawiony złotem, stojący na podwyższeniu i dwa, stojące do tego pierwszego prostopadle, znacznie dłuższe, zastawione srebrami. Przy tym mniejszym zasiadała Rada, a przy tych większych pozostałe wampiry. Rocky, ubrana w długą czarną suknię za złotymi wzorami i z głębokim dekoltem, oraz z dużym wycięciem na plecach, weszła na zatłoczoną już salę. Rozejrzała się, szukając Edmunda. Znalazła go szybko. Siedział po środku jednego z długich stołów. Szybko tam się udała.
-Cześć, braciszku- przywitała się i usiadła koło niego.
Ed był ubrany w elegancki, czarny garnitur i białą koszulę, której kilka guzików od szyi było rozpięte.
-Witaj, Rocky- odrzekł, uśmiechając się do niej-Napotkałaś już kogoś znajomego?- zapytał.
-Nie, na całe szczęście- odpowiedziała- A ty?
-Spotkałem Ivana, pytał o ciebie.
-O nie! Tylko nie on!- jęknęła Rocky. Ivan był jej byłym. Był to wampir z Rosji, który jak kogoś sobie wybierze, to nigdy nie odpuści by go zdobyć. A tym kimś była Rocky.
                Nagle zegar wybił północ. Wszyscy zasiedli do stołów. Koło Eda usiadł mężczyzna ubrany w mundur z wojny secesyjnej, a obok Rocky…  Ivan.
-Tak się cieszę, że cię widzę!- rzekł Ivan do Rocky na powitanie, uśmiechając się szeroko- Wszędzie cię szukałem! Czy ty mnie unikasz?
-Nie, nie unikam ciebie,  ja po prostu nie mam ochoty cię oglądać- odpowiedziała, patrząc na niego z ukosa.
-Nie żartuj!- Zaśmiał się tak głośno, że kilka osób zaczęło im się przyglądać- To był żart, da*?
-Mówię to absolutnie szczerze- Rocky mruknęła cicho do niego.
 Ten i tak zignorował jej odpowiedź i zaczął ją komplementować i bezczelnie patrzeć się w jej biust. Ivan był zboczonym idiotą, którego natura- chyba dla żartu- obdarowała urodą: był wysokim, dobrze zbudowanym przystojniakiem. Jego włosy były koloru ciemny blond i miał niebieskie włosy. Rocky wciąż próbowała go spławić, ale to było na nic, on nie miał najmniejszej ochoty dać jej spokoju. Kiedy tak „rozmawiali” na salę wkroczyła prawie setka kelnerów, wnosząca potrawy. Ci kelnerzy bardzo szybko wykonali swoją pracę, po niecałych pięciu minutach stoły uginały się od różnorodnych potraw z całego świata. Po chwili pojawiły się kelnerki, które miały za zadanie nalewać gościom napoje (wino, inne alkohole, wodę i oczywiście krew).Uczta się rozpoczęła. Ivan stracił zainteresowanie Rocky i zagarnął na swój talerz kilka kotletów wołowych z półmiska leżącego przed nim. Rocky za to poprosiła jedną z kręcących się po sali kelnerek o nalanie do jej kieliszka krwi (ABRh-). Ed nałożył sobie na talerz kawałek homara i powoli go konsumował. Gdy wszyscy byli już najedzeni, ktoś zadzwonił dzwonkami. Spojrzenia wszystkich skierowały się na stół Rady Wampirów. W sumie do rady należało pięć osób. Z krzesła pośrodku wstał średnio wysoki mężczyzna, o czarnych, zalizanych do tyłu włosach. Był tak blady, że wydawało się że miał śnieżnobiałą skórę. Ubrany był w czarny surdut ze stójką z czerwoną kamizelką. Był to gospodarz tego zebrania, hrabia Dracula. Po jego prawicy siedział chudy, kościsty, łysy mężczyzna z bujnym wąsem ubrany tak, jakby uciekł z przedstawienia na podstawie sztuki Szekspira. Był to baron  Ganthier z Francji. Obok barona siedziała jego żona, była śliczną kobietą, miała rude włosy upięte w misterny kok, ubrana była w zieloną suknie z czasów wiktoriańskich, wyglądała niczym prawdziwa królowa z tamtych czasów. Po lewicy Draculi siedziała dziewczynka, wyglądająca na około dwanaście lat, miał czarne, długie włosy, oczy miała koloru białego, ubrana była w fioletową sukienkę na ramiączka. Była to lady  Casella z północnych Włoch. Obok tej dziewczynki siedział groźnie wyglądający, siwy mężczyzna o orlim nosie ubrany w czarny garnitur. Był to hrabia Müller z Niemiec.
- Witajcie moi mili!- rzekł właściciel posiadłości wyniośle- na kolejnym spotkaniu Rady!
Goście zaczęli bić brawa, ale hrabia uciszył ich podniesieniem ręki.
-Przejdźmy do rzeczy- odchrząknął- To spotkanie będzie najkrótsze w całej historii! Bowiem dziś je otwieramy  jak i zamykamy.
Przez salę przeszły szepty. Tak krótkie spotkanie? To musi być coś ważnego!
-Proszę o ciszę!- Dracula podniósł głos, a tłum natychmiast zamilkł- Dobrze. Rada pragnie was poinformować o obecnym stanie epidemii świeżego wampiryzmu. Jest coraz gorzej! Nowe wampiry coraz liczniej się rozmnażają; w dużych miastach Europy, gdzie zwykle zjawiało się dziennie po dwa świeżaki, pojawia się aż do pięciu dziennie!
Potem rumuński hrabia zaczął podawać statystyki, wyniki badań i współpracy wampirów z łowcami, oraz inne mało interesujące rzeczy.
-Na koniec apeluje do was! Pomóżcie nam i łowcom zlikwidować tą epidemię, ponieważ jeżeli wyginą ludzie to my również zginiemy! To koniec spotkania! Do widzenia!
                Najpierw salę opuściła Rada, a potem pozostali. Rocky i Edmund szybko udali się do swoich pokoi, by się spakować. Z jednej strony byli zadowoleni, że to już konie, ale drugiej byli zaniepokojeni informacją o wzroście skali epidemii. Powoli walka ze świeżymi krwiopijcami stawała się wojną.

*Da- gdyby ktoś nie widział to po rosyjsku oznacza „tak”



Dotrwaliście? To fajnie :D. A teraz czas na życzenia:

                Z okazji Bożego Narodzenia,
Życzę wam spełnienia marzeń, wspaniałych prezentów, rodzinnej atmosfery pełnej miłości i wszystkiego, co jest najlepsze!
                A z okazji Sylwestra i Nowego Roku:
Wspaniałej zabawy w gronie przyjaciół, cudnych sztucznych  ogni, aby kac trwał najkrócej i aby wasze postanowienia noworoczne się powiodły.

czwartek, 5 grudnia 2013

Rozdział 2

Proszę, oto rozdział drugi. Przepraszam za problemy z komentarzami, ale już ustawiłam to dobrze i nie trzeba już mieć koniecznie konta na google by komentować posty. Miłego czytania :)



 Rozdział II
Biel skażona krwią

Siedziba łowców nr.84, obrzeża Las Vegas
Szatynka w czerwonym swetrze i czarnych spodniach siedziała przy długim stole w dużej jadalni, popijając cappuccino. Swoimi niezwykle niebieskimi oczyma wpatrywała się w mężczyznę siedzącego naprzeciwko niej. Ubrany był w czarną koszulkę z logo jakiegoś nieznanego jej zespołu muzycznego i dżinsy poprzecierane na kolanach, długie, czarne jak smoła włosy miał luźno związane w kuc. Huśtał się na krześle, bawiąc się nożem myśliwskim. Alicja nie potrafiła zrozumieć jego obsesji na punkcie broni. Sama też posiadała ją (takie wymogi jej pracy),ale nie aż około sto różnorakiego rodzaju mieczy, sztyletów i noży, czy też jeszcze więcej broni palnej tak jak Gawron. Wczorajszą sytuację już omówili. Właściwie to ona mówiła a on udawał niewinną niemowę. Siedzieli w milczeniu pochłonięci swoimi zajęciami. Spokój ten jednak nie trwał długo. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadła dziewczyna o krótkich, czerwonych włosach i oczach w kolorze siarki, które wzbudziłyby zainteresowanie każdego swoją intensywną barwą. Miała na sobie czarny top i ciemne dżinsy wpuszczone w niedbale związane glany trzydziestki. Za nią wkroczył bliźniaczo podobny do niej chłopak-również czerwone włosy i żółte oczy- nawet podobnie ubrany jak ona. Było to wampirze rodzeństwo.
-No witam, witam!- przywitała się wesoło –Jak tam nocna zmiana?
-Tak jak zwykle, Rocky- odrzekła Alicja uśmiechając się im na powitanie
-Czyli Gawron znów torturował świeżaczka.- Westchnęła teatralnie i zwróciła się do bruneta- Alicja pewnie już, znowu, uświadomiła ci o sposobie likwidowania ich, więc ja nie będę się fatygować.
Ten popatrzył na nią z ukosa nic nie odpowiadając. Wampirzyca zignorowała to wrogie spojrzenie i usiadła obok szatynki. Dlaczego te dwa wampiry pracowały z łowcami? Przyświecał im wspólny cel, czyli pozbycie się świeżych, nadmiernie agresywnych krwiopijców, którzy niszczyli cywilizowane, wampirze, „dobre” imię zabijając wszystkie swoje ofiary. Na całym świecie panowała epidemia świeżego wampiryzmu i nie tylko, ogólnie wszystkich istot mroku pojawiło się, nie wiadomo dlaczego, o wiele więcej niż powinno być, na dodatek wszystkie nowe były złe i mordowały ludzi.
-Ed, nie stój jak sierotka, siadaj- czerwonowłosa wampirzyca zagaiła do swojego brata.
Edmund, który oparł się o ścianę i rozglądał się po pokoju, usiadł obok swojej siostry, udając, że nie usłyszał jej uwagi.
-Gdzie jest Ches? Miał ponoć wrócić szybciej od nas- zapytał
-Mówił, że skoczy do piekła, do jakiegoś znajomego- powiedziała łowczyni- Pewnie zaraz wróci.
-Strasznie zrobiło się tu pusto- stwierdził Ed
-Tak- poparła go Rocky- Ale co na to poradzimy, że dostali duże misje do wypełnienia?
Oprócz Alicji, Gawrona, Rocky, Edmunda i Chesa w tej siedzibie łowców mieszkali: wilkołak Marcel, właścicielka piekielnego ogara Rose oraz czarodziejka o imieniu Amy. Wszyscy wyjechali na misje; Marcel do Kanady w sprawie sztucznie stworzonych wilkołaków, Rose do Włoch, gdzie na południu kraju dochodziło do ataków bestii nie z tego świata, a Amy do Hiszpanii, w której stolicy doszło do wielu zabójstw mężczyzn z pomocą magii. Łowcy prowadzą takie misje za granicą, ponieważ niestety czasem brakuje wyszkolonego w danej dziedzinie personelu (zwłaszcza kiedy złe moce działają tak intensywnie).
-A my tu zostaliśmy, bo na górze mają nas w poważaniu- odezwał się Gawron po raz pierwszy od przybycia wampirów, nie chętnie znosił ich obecność.
-Zostaliśmy tu, ponieważ ktoś musi pilnować spokoju na tym terenie-wyjaśniła mu Alicja
-Tłumacz to sobie jak chcesz, ale pragnę zauważyć, że w przeciwieństwie do pozostałych my od roku nie dostaliśmy żadnej misji- skwitował i kontynuował zabawę nożem. Położył dłoń na stole, rozłożył szeroko palce i zaczął wbijać nóż w blat pomiędzy nimi.
-Przestań! Wiesz, że nie lubię jak to robisz – upomniała go łowczyni, starając nie patrzyć się na jego ręce.
-Przecież nie musisz patrzeć.- Uśmiechnął się i nie zważając na nic bawił się dalej.
 Ale Alicja nie miała najmniejszego zamiaru poddać się i kłóciła się z nim dalej. Rocky zaśmiała się cicho. Ta dwójka zawsze musiała się kłócić, byłby to cud gdyby jedno z nich zgodziło się z drugim, w sprawach typu „kto ma rację”. Chwile przyglądała im się z rozbawieniem, ale nagle poczuła pieczenie w okolicach nadgarstka. Spojrzała na miejsce bólu. Jej mały tatuaż, przedstawiający misterny znak w kształcie koła, lśnił na czerwono. To musiało znaczyć tylko jedno. Spojrzała na brata znacząco. On kiwnął głową- też dostał tą wiadomość- i zwrócił się do łowców zajętych kłótnią:
-Wygląda na to, że teraz tylko wy i Ches będziecie musieli sami pilnować tu porządku. My musimy jechać na spotkanie Rady.- Aby udowodnić, że to prawda pokazał im swój- taki sam jak jego siostry- tatuaż świecący na czerwono.
-No pięknie, nawet wy gdzieś jedziecie, a my musimy tępić tych zwykłych świeżaków- zaczął znów zrzędzić Gawron.


W tym samym czasie gdzieś na północy Kanady
                Wielki las iglasty. W pobliżu stało kilka drewnianych domków, wyglądających na całkowicie opuszczone. Wśród leśnej gęstwiny co jakiś czas widać było dużą, białą plamę, przemieszczającą się szybko na wschód. Był to nienaturalnie wielki ,biały wilk o niebieskich ślepiach, uciekający przed trzema innymi, odrobinę mniejszymi od niego, wilkami; szarym, czarnym i brązowym. Cztery bestie zbliżały się coraz bliżej do niewielkiej polany. Uciekający miał nad swoimi prześladowcami przewagę; biegł szybciej, ale czuł już, że nie daje rady. Zwalniał. Wybiegł na polanę, a po chwili oni za nim. Kiedy znaleźli się na terenie wolnym od drzew, goniące go wilki wyprzedziły go i otoczyły. Biały rozejrzał się dookoła, szukając rozwiązania z tej sytuacji. Był zbyt zmęczony by dalej uciekać, ale nie mógł pozwolić sobie na przegraną. Spojrzał na przeciwników. Szary wilk był poważnie ranny w przednią łapę, zapewne doszło do tego podczas pościgu, gdyż wyglądała na świeżą. Czarny natomiast był widocznie ślepy na prawe oko, wskazywała na to wbita w nie gałąź, a brązowy był tylko trochę poraniony. Ścigające go wilki były ogarnięte tak ogromną furią, że w ogóle nie patrzyły jak biegły, zahaczając się o różne przeszkody. Decyzja podjęta. Niebieskooki biały wilk zwrócił się w kierunku brązowego i rzucił się na niego. Powalił go całym swoim ciężarem na ziemię i wgryzł się w jego gardło. Potrząsając  silnie łbem, rozerwał je. Tym czasem czarny skoczył na niego, ale niebieskooki natychmiast się odwrócił ,zadając mu cios potężną łapą, uzbrojoną w ostre, twarde jak stal pazury, prosto w jego lewe oko, wyrywając je. Czarny wilk padł na ziemię, skomląc. Biały przyskoczył do oślepionego i zabił go. Bestia ubrudzona krwią swoich wrogów zwróciła się kierunku ostatniego ze swoich prześladowców. Szary, rozwścieczony wilk zaatakował mordercę swoich towarzyszy, miał zamiar rzucić mu się na szyję i rozedrzeć ją na kawałeczki, jednak z powodu swojego ciężkiego obrażenia dał radę ugryźć go  tylko w górną część jego przedniej łapy. Wielki wilk zawył z bólu i zdenerwowania i wbił swoje kły w głowę swojego rywala. Ten zaskoczony i przerażony odskoczył. Ten moment wybrał „czempion” by skoczyć na niego i przegryźć mu gardło. Ostatni nieprzyjaciel padł u łap niby białego wilka, ledwo widać było, że był biały; prawie całe futro miał ubrudzone krwią i ziemią. Nie przejął się tym, najważniejsze dla niego było to, że wygrał tę walkę.
 Niebieskooki wilk powoli podszedł do najbliższego drzewa. Niespodziewanie stanął na tylnych łapach i wyprostował. Jego sylwetka zaczęła się zmieniać; zmniejszył się i przybrał posturę przybliżoną bardzo do ludzkiej. Futro znikło. W miejscu wielkiego stwora stał dwudziestoparoletni  chłopak o płowych włosach i niebieskich oczach, był nagi i cały ubrudzony mieszaniną błota i krwi. Na lewym ramieniu miał dużą, paskudną ranę. Spojrzał na nią i przeklął głośno. Westchnął i rozejrzał się po pobojowisku. Nie sądził, że wyjdzie z tego cało i miał rację zły wilkołak zapewne, gryząc go, zaraził go jakimś cholerstwem. Niech to szlag trafi naukowców, którzy przeprowadzali eksperymenty na tej trójce! Marcel- bo tak miał na imię blondyn- miał początkowo sprowadzić tych badaczy do siedziby głównej, ale plan się nie powiódł. Nie udał się, ponieważ oni zdążyli uciec, wysadzić laboratorium i poszczuć go swoimi „pieskami”.  Marcel zamknął oczy i wymówił zaklęcie przekazujące dalekosiężne informację. Wezwał wsparcie, aby posprzątali po nim i przywieźli mu coś do ubrania. Otworzył z powrotem oczy. Spojrzał znowu na swoje „dzieło”. Teraz patrząc na martwe ciała goniących go bestii, które powoli zmieniały się w ludzkie, uświadomił sobie, że zabił trzy istnienia bez mrugnięcia okiem. Czasami w chwilach zagrożenia wilcza strona Marcela brała nad nim przewagę, tak jak tym razem. Młody likantrop* nienawidził tych sytuacji, bał się tego, że nie potrafił zrezygnować z decyzji podejmowanych przez jego wewnętrzną bestię, bo kiedyś ta bestia może przejąć całkowicie jego ciało i umysł. „Nie było innego wyjścia, zabiłyby mnie, a potem zabijałyby niewinnych ludzi” tłumaczył sobie w myślach. Mimowolnie wpatrywał się w ciała wilkołaków, które zmieniły się już w ciała ludzi. Byli to młodzi chłopcy w wieku licealnym. Serce zabiło mu szybciej. To nie była ich wina. To ci naukowcy zmienili im geny w wilczopodobne. Mógł ich nie zabijać, mógł tylko ich unieruchomić. Uzdrowiciele** i naukowcy, pracujący dla łowców, mogli im pomóc, mogli im zwrócić człowieczeństwo. To, czemu zostali poddani, nie było naturalną, nieodwracalną przemianą, to był tylko sztuczny prototyp. Mogliby żyć normalnie, ale on ich zabił. Nie myślał, po prostu instynkt kazał mu ich wyeliminować i tak zrobił. Nienawidził być tym czym jest. Usiadł pod drzewem i czekał aż  przybędzie wsparcie, starając nie zadręczać się tymi ponurymi  myślami.
Po dość krótkiej chwili czekania na miejsce przyjechała ekipa z siedziby numer 69. Ciała chłopców wzięli do dużej, czarnej, specjalnej furgonetki, która miała zawieść je do laboratorium przy tej siedzibie. Do Marcela podeszła ciemnowłosa dziewczyna o azjatyckich rysach twarzy, Mei, z którą pracował przez ostatnie tygodnie namierzeniu miejsca nielegalnych eksperymentów, i podała mu ubranie. Zauważając ranę na jego ramieniu powiedziała:
-Na razie nie zakładaj koszulki, zaraz cię opatrzę.
Odwróciła się by dać mu chwilę prywatności. Ubrał bieliznę, spodnie i buty, i powiedział, że może już obejrzeć to okaleczenie. Mei była bardzo zdolną uzdrowicielką. Stanęła przed nim i kazała pokazać sobie rękę. Ten posłusznie wyciągną ją ku niej. Za pomocą kilku zaklęć oczyściła ją, jak później się okazało nie ze wszystkich  zanieczyszczeń. Potem używając innych czarów sprawiła, że się zrosła. Zwykle po takim zabiegu po zranieniach nie było śladu, ale tym razem została wielka blizna. Dziewczyna zmarszczyła brwi.
-To dziwne- powiązała to jakby bardziej do siebie i znów wymówiła jakąś formułkę, ale blizna nie chciała zejść- Nie umiem tego w jakikolwiek sposób wyleczyć do końca- rzekła do Marcela
-To źle, prawda?- zapytał ją niepewnie wilkołak
-I to bardzo. Oznacza to, że w organizmie jest jakaś trucizna- odpowiedziała, w jej oczach widoczny był strach- Musisz jak najszybciej trafić do najbliższego Mistrza Uzdrowień.
Blondyn nie mógł wydusić z siebie ani słowa więcej. Aktualnie możliwe było to, że umiera. Później w drodze do Mistrza też się nie odzywał. Spoglądał przez szybę samochodu na mijające krajobrazy. W głowie kłębiły mu się złe myśli: „Zasłużyłem na taki los.”, „To kara za brak umiejętności w kontrolowaniu instynktu bestii.”

*likantrop- inaczej wilkołak
**uzdrowiciele- madzy leczący czarami